O mnie
Nazywam się Andrzej Wilkosz. Mam pięćdziesiąt jeden lat i jestem podleśniczym w Borach Tucholskich — w tym samym lesie, w którym się wychowałem i z którego nigdy tak naprawdę nie wyjechałem.
To nie jest blog człowieka, który pokochał las na urlopie.
Jak to się zaczęło
Pierwszy raz spałem w lesie nie dlatego, że chciałem.
Miałem dwadzieścia jeden lat i robiliśmy szacunki brakarskie w oddziale, do którego z leśniczówki było dobre półtorej godziny marszu. Rano trzeba było być na miejscu o świcie. Ktoś starszy powiedział: „to po co masz wracać". Wziąłem koc, płachtę z demobilu i przespałem noc pod świerkiem, na igliwiu, w kurtce.
Zmarzłem. Nie zmrużyłem oka. Rano bolało mnie wszystko.
I zrobiłem to znowu w następnym tygodniu.
Potem był 1997 i wichura, po której chodziliśmy po wywrotach tygodniami. Były pożary — w naszych borach sosnowych latem to nie jest rzadkość — i noce przy dogaszaniu, kiedy nikt nikogo nie odwoził do domu. Były polowania, obserwacje, akcje po suszy. Przez pierwsze dziesięć lat spałem w lesie, bo tak wychodziło z pracy.
Kiedy to się zmieniło w coś, co robię z własnej woli, nie umiem powiedzieć. Nie było takiego dnia. Po prostu w pewnym momencie zauważyłem, że w sobotę, kiedy nikt mnie nigdzie nie wysyła, pakuję płachtę i idę.
Czym się zajmuję zawodowo
Podleśniczy to nie leśniczy. Jestem od roboty w terenie: odbiórki drewna, szacunki, oznaczanie drzew, nadzór nad wykonawcami, ochrona przeciwpożarowa, kontrola upraw. Chodzę po lesie i patrzę, co się w nim dzieje.
To jest jedyny powód, dla którego ten blog ma sens.
Ludzie piszący o bushcrafcie bywają w lesie w weekendy. Ja jestem w nim w czwartek o siódmej rano, w listopadzie, kiedy pada, i muszę zmierzyć stos drewna niezależnie od tego, co myślę o pogodzie. Wiem, jak wygląda las po trzech dniach deszczu, bo widziałem to sto razy i nie po to, żeby zrobić z tego materiał.
Wiem też, czego w poradnikach nie ma: gdzie realnie stoi woda po roztopach, dlaczego nadleśnictwo zamyka drzewostan i co wtedy naprawdę oznaczają tablice, jak wygląda ognisko, które ktoś „przecież zalał", trzy dni później, i gdzie w tym lesie jest sucho, kiedy wszystko wygląda na mokre.
Czym ten blog nie jest
Nie jest recenzją sprzętu. Nie przyjmuję niczego do testów i niczego nie sprzedaję. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy to robią, ale to inna robota niż moja.
Mam jeden nóż. Kupiłem go w 1998 roku i nadal go używam. Klinga jest węższa, niż była, bo dwadzieścia osiem lat ostrzenia coś z niej zabrało. Nie zamierzam kupować drugiego i nie sądzę, żeby drugi cokolwiek zmienił.
Widziałem ludzi z plecakiem za cztery tysiące złotych, którzy nie umieli rozpalić ognia z mokrego drewna. Nie mówię tego, żeby się z nich śmiać. Mówię, bo sprzęt jest najłatwiejszą częścią i dlatego ludzie się w nim zakopują — kupowanie jest prostsze niż stanie w deszczu i uczenie się czegoś przez dwie godziny.
O czym nie piszę i nie będę
O jedzeniu z lasu. Ani o roślinach, ani o grzybach. To nie jest skromność — po prostu nie mam żadnego powodu, żeby brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś zatrucie, a w internecie i tak jest tego za dużo, w większości pisanego przez ludzi, którzy nie odróżniają jednego od drugiego.
O pierwszej pomocy i medycynie polowej. Nie jestem lekarzem ani ratownikiem. Jeśli coś ci się stanie w lesie, potrzebujesz kogoś, kto się na tym zna, a nie podleśniczego z blogiem.
Zostaje mi i tak dużo: schronienie, ogień, narzędzia, obóz i przepisy. Wystarczy mi na resztę życia.
Las jest cudzy
To jedyna rzecz, którą chciałbym, żeby ktoś stąd wyniósł, jeśli nic innego.
Las, po którym chodzisz, do kogoś należy — do Skarbu Państwa, do gminy, do sąsiada. To, że wolno ci w nim być, jest przywilejem zapisanym w ustawie, a nie prawem naturalnym, i ma swoje granice. Ogień, nocleg, wjazd samochodem — wszystko to jest uregulowane i warto wiedzieć jak, zanim się dowiesz od kogoś takiego jak ja.
Nie mówię tego z pozycji urzędnika. Mówię jako ktoś, kto gasił pożar rozpalony przez ludzi, którzy byli pewni, że nic złego nie robią.
Piszę pod nazwiskiem, mieszkam tam, gdzie mieszkam, i jeśli chcesz coś sprostować albo zapytać — kontakt@podtarpem.pl. Odpisuję wieczorami, czasem po tygodniu.